kontakt
Stop Korupcji aktualności dokumenty
strona główna

 

Podpadłeś, więc nie żyjesz
źródło: Nowa Trybuna Opolska
data:
20 czerwca 2003



Urzędnicy z Opola chcą zniszczyć moją firmę tylko za to, że nie wchodzę z nimi w układy - oskarża Czesław Gabiga, brzeski przedsiębiorca.

Pan Czesław wywołał konsternację wśród opolskich elit, kiedy podczas antykorupcyjnej debaty w Urzędzie Wojewódzkim oskarżył opolskich urzędników (wymienionych z nazwiska) o sugerowanie mu opłacania ich "pod stołem". Stwierdził w obecności władz Opolszczyzny, że urzędnicy próbują doprowadzić do upadku jego dobrze prosperującą firmę, nękając go kolejnymi kontrolami.
- Wystarczy podpaść jednemu urzędowi, a potem już leci jak domino - mówi. - Heniek dzwoni do Cześka, Czesiek do Wieśka, Wiesiek do Ziuty, a Ziuta do Zbyszka. I już masz w zakładzie szereg kontroli, które, jak bardzo chcą, to zawsze coś znajdą.
Gabiga produkuje dźwigniki (podnośniki) dla warsztatów samochodowych - należy do najlepszych w Polsce. Jego urządzenia kupiły warsztaty kancelarii Sejmu, Senatu i Rady Ministrów, spora część produkcji idzie na Zachód, m.in. do Niemiec i Szwecji, Danii. Gabigę cenią wszędzie, tylko nie na Opolszczyźnie. Tutaj, jak twierdzi, padł ofiarą urzędników. Urzędnicy Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska zrobili mu sprawę w sądzie za to, że nie wpuścił do zakładu ich kontroli. Nie wzruszył ich argument, że w tym akurat dniu miał pogrzeb matki. To "opolski układ" miał spowodować, że Urząd Dozoru Technicznego wytyka mu od kilkunastu miesięcy rzekome błędy w dokumentacji, by w efekcie doprowadzić do wydania decyzji o wstrzymaniu produkcji w zakładzie, który prowadzi od 28 lat.
- To przerażające, co ci urzędnicy z Opola sobą reprezentują - mówi prof. dr hab. Eugeniusz Rusiński, dyrektor Instytutu Konstrukcji Maszyn Politechniki Wrocławskiej, który zaangażował się w pomoc Gabidze.
Pierwsze starcie
Pan Czesław został przedsiębiorcą na początku lat 70., pod wpływem widoku, jaki roztaczał się z okna jego dyrektorskiego biura w brzeskim PKS-ie. Pewnego upalnego dnia z rosnącym napięciem obserwował, jak dwóch robotników próbuje ściągnąć z obręczy przyklejoną do niej ze starości oponę. Walili 10-kilogramowymi młotami po feldze, rzucali oponą po całym placu, a w końcu, w desperacji, podpalili ją. Tylko w ten sposób udało im się odzyskać obręcz.
- Wtedy, pod wpływem tego podwórkowego kabaretu, wymyśliłem swój pierwszy patent, hydrauliczny ściągacz do zdejmowania opon - opowiada Gabiga.
Pana Czesława bardziej ciągnęło do rzemiosła, niż do dyrektorowania w socjalistycznej firmie, dlatego kiedy zakład wysłał go na Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu, notorycznie opuszczał wykłady. Skończyło się to na przykrej rozmowie z pułkownikiem SB, a potem wyrzuceniem z pracy.
- Do dziś dziękuję temu pułkownikowi, bo dzięki tamtej decyzji otworzyłem swój pierwszy zakład, w starej stajni w Pisarzowicach - mówi Gabiga. - Moje ściągacze opon zrobiły furorę na rynku, jeździłem z nimi na targi, nakręciła mnie nawet telewizja. To był czas, kiedy nie szło kupić jednego gwoździa na budowę bez łapówki. Jak brałem ceowniki z huty, to obowiązkowo dawałem dyrektorowi koniaczek, dziewczynom z biura czekoladki i kawę, a portierowi na bramie pół litra żytniej. Ale wtedy było nie do pomyślenia, żeby urzędnik żądał pieniędzy.
Kiedy w drugiej połowie lat 80. Gabiga zaczął eksportować swoje hydrauliczne ściągacze za granicę, popadł w pierwszy konflikt z urzędnikami. Ślad tamtej draki został w pamięci pana Czesława i w archiwum "Polityki". 4 czerwca 1988 roku, w artykule "Kompletne nieporozumienie", redaktor Wojciech Markiewicz opisuje, jak to opolski Urząd Skarbowy rzuca kłody pod nogi brzeskiemu prywaciarzowi. Gabiga wysyłał wtedy ściągacze do Związku Radzieckiego.

- Realizując te zamówienia, nie przypuszczałem, że stanę się przestępcą finansowym - żalił się na łamach "Polityki" Gabiga.
Brzeska skarbówka uznała, że zamówień pana Czesława dla ZSRR nie da się sklasyfikować jako eksport i nakazała mu zapłacić 10-procentowy podatek obrotowy. Gabiga pytał prowokacyjnie: - Czy ZSRR to nie jest zagranica?
Słał pisma do ministerstw i wygrał - dzięki jego determinacji dostrzeżono lukę prawną i załatano ją.
"Uprzejmie informuję, że decyzją ministra finansów (...) zaniechano wobec inż. Czesława Gabigi poboru podatku w naliczonej przez Izbę Skarbową wysokości, traktując wykonywaną przez niego produkcję ściągaczy hydraulicznych analogicznie jak produkcję eksportową" - pisał w liście do "Polityki" Janusz Kotarski, doradca prasowy ministra finansów.
Jak dokręcić śrubkę
W latach 90. Gabiga przestawił się na produkcję dźwigników do warsztatów samochodowych. Rósł w siłę, towar brały od niego największe koncerny paliwowe - Schell, Aral, Elf, BP. Pan Czesław dawał pracę kilkudziesięciu brzeżanom, zgarniał nagrody na największych targach.
Sądny dzień nadszedł 28 grudnia 2001 roku. Wtedy to ministerstwo gospodarki wydało rozporządzenie, z mocy którego producenci dźwigników muszą uzgadniać dokumentację każdej produkowanej maszyny z Urzędem Dozoru Technicznego.
- Na początku byłem jeszcze dobrej myśli, bo nasze dźwigniki sprzedawały się dobrze w Unii Europejskiej, gdzie doceniono ich jakość certyfikatem bezpieczeństwa - mówi Gabiga. - Poza tym Urząd Dozoru Technicznego traktował mnie jak autorytet, przygotowywałem ich do podjęcia nowego zadania.
Gabiga pokazuje pismo z 1 lipca 2002:
"Urząd Dozoru Technicznego oddział w Krakowie zwraca się z uprzejmą prośbą o umożliwienie odbycia praktyki w pańskim zakładzie naszym pracownikom. Celem praktyki jest zapoznanie się z technologią wytwarzania dźwigników oraz procedurą przeprowadzania badań przez kontrolę jakości".
Z pierwszymi papierami do opolskiego oddziału UDT jeździł zatrudniony na tę okazję inżynier konstruktor. Zawoził dokumentację maszyny DHD 2.5, która była wtedy hitem eksportowym, już od 1994 roku miała certyfikat jakości niemieckiego urzędu dozoru TUV z Monachium. Jednak urzędnikom z Opola ciągle coś nie pasowało w dokumentacji.
- Od 1945 roku na terenie Rzeczpospolitej, najpierw ludowej, a teraz "obecnej", obowiązuje polskie prawo - mówi Wojciech Piskorski, dyrektor opolskiego oddziału UDT. - Niemieckie zaświadczenie jest honorowane tam, a u nas to ma zerowe znaczenie.
- Mój konstruktor chodził do nich przez rok, a potem zrezygnował, bo powiedział, że jest w tym urzędzie poniżany - mówi Gabiga. - Nagle z doświadczonego eksportera zrobiłem się małym żuczkiem, który ma się płaszczyć przed urzędem. Urząd w Krakowie prosił mnie o porady i szkolenia, a urząd w Opolu gnębił. Zięć, który też do nich jeździł, po którejś wizycie w Opolu przyjechał do domu ze łzami w oczach. Jeden z inżynierów miał mu powiedzieć tego dnia: "jeśli tak to będziecie załatwiać, to nigdy tej dokumentacji nie uzgodnicie". Byłem zdruzgotany.
- Jeśli urzędu nie można ugryźć, to trzeba to zrobić personalnie - denerwuje się dyrektor Piskorski. - On napisał na nas skargę do ministerstwa gospodarki, obraża nas. Nasz dział prawny rozważa możliwość skierowania wniosku przeciw panu Gabidze do sądu. A z tego, co wiem, to on ma już jeden wyrok skazujący.
W pogrzeb i urodziny
Dyrektor Piskorski nie myli się. 30 czerwca 2002 roku Sąd Rejonowy w Brzegu skazał Gabigę na karę grzywny (pan Czesław nie chce płacić, więc grozi mu 250 dni aresztu) za to, że "udaremnił wykonanie czynności służbowych" kontrolerom Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska. Chcieli szukać na jego posesji zbyt głośno pracującej betoniarki (taka wpłynęła skarga do WIOŚ), choć Gabiga nie używał w zakładzie betoniarki (ma i często jej używa sąsiad zza płotu).
Kontrolerzy zapukali do zakładu pana Czesława w dniu pogrzebu jego matki. Był on wtedy na trasie A-4 w okolicy Tarnowa, kiedy na jego komórkę zadzwonił zięć z informacją, że inspektorzy domagają się natychmiastowego otwarcia bramy. Zięć Gabigi też miał za chwilę wyjeżdżać na pogrzeb, akurat pakował kwiaty do samochodu. Prośby żałobników nie przekonały inspektorów. WIOŚ poszedł ze sprawą do prokuratury, uznając, że uniemożliwiono im wykonanie czynności służbowych.
- W prymitywnych cywilizacjach na czas pogrzebu przerywano wojny - mówi brzeski przedsiębiorca. - Jak nazwać opolskiego urzędnika, który składa na mnie doniesienie do prokuratury, choć wiedział, że jadę na pogrzeb mamy. Tak zachował się wobec mnie urząd, w którym pleniła się tym czasie prywata. Pamiętam, bo opisaliście to w tekście "Królestwo pieczątek".
Rzeczywiście, w ubiegłym roku napisaliśmy o praktyce wykorzystywania stanowisk przez kontrolerów WIOŚ do pomnażania własnych majątków. Do tekstu załączyliśmy tekst reklamówki, jaką jeden z inspektorów wysyłał do dyrektorów gminnych komunalek, zapewniając ich pod własnym nazwiskiem, że dorabia na boku "po przystępnych cenach".
- Dlaczego wybieracie prywatne oferty urzędników? - pytaliśmy szefów zakładów komunalnych.
- Żeby WIOŚ się nie czepiał w trakcie opiniowania - odpowiadali.
- Po co dawać zarobić prywaciarzowi, któremu potem kontroler wytknie dziesięć różnych przecinków, skoro można zapłacić człowiekowi z WIOŚ i mieć spokój.
Sąd rejonowy wyrokiem z 12 kwietnia 2001 roku uznał Czesława Gabigę niewinnym zarzucanego mu czynu. W uzasadnieniu asesor Witold Ginalski skrytykował postawę urzędników WIOŚ:
"Zastanawiający jest ich upór i brak zrozumienia dla sytuacji Cz. Gabigi, który w tym akurat dniu miał inne obowiązki do spełnienia. Co więcej, inspekcja miała na celu sprawdzenie informacji pochodzących od sąsiadów oskarżonego i być połączona z badaniem poziomu hałasu. W tym dniu nikt tam nie pracował, nie był włączony żaden sprzęt, a więc cóż chcieli i mogli badać inspektorzy?"
Jednak prokuratura i WIOŚ (w charakterze oskarżyciela posiłkowego) wnieśli apelację od tego wyroku. W efekcie ten sam Sąd Rejonowy w Brzegu wydał 30 września 2002 roku skrajnie odmienny wyrok w tej samej sprawie. Teraz Gabigę uznano winnym.
"Okolicznością zaostrzającą wymiar kary jest reakcja na pouczenie o grożącej mu odpowiedzialności za uniemożliwienie kontroli, gdzie powiedział, że na kontrolerów płaci podatki i żeby go nie straszyć" - pisał w uzasadnieniu sędzia Wojciech Małek.
Gabiga dostał ten wyrok w dniu swoich 65. urodzin.
Co tam profesor...
W tym samym czasie trwał pat w kontaktach z opolskim Urzędem Dozoru Technicznego, który nie chciał Gabidze zatwierdzić do produkcji pierwszego dźwignika, wykazując kolejne usterki i braki w dokumentacji.
- Uparłem się, że nie dam im na boku zarobić - mówi pan Czesław. - Ale nie wiedziałem, co dalej robić, oni ustawili moją firmę na skraju przepaści. Podczas rodzinnej narady w kuchni wpadłem na pomysł, że jak już muszę komuś zapłacić, to dam dorobić wybitnym autorytetom z Instytutu Konstrukcji Maszyn Politechniki Wrocławskiej.
Po tygodniu Gabiga, z uśmiechem na ustach, zawiózł do opolskiego oddziału UDT ponad 100 stron dokumentacji, podpisanej m.in. przez dyrektora instytutu prof. dr. hab. Eugeniusza Rusińskiego i trzech doktorów.
- Dyrektor Piskorski chodził wokół stołu i krzyczał: ileś pan za to dał! - mówi Gabiga. - Kiedy już się uspokoił, powiedział mi, że on by mi to zrobił za pół ceny.
Według pana Czesława, dyrektor UDT przedstawił mu na tym spotkaniu schemat współpracy:
- Dyrektor Piskorski robi dla mnie za pół ceny, ale ja to autoryzuję, że to jest niby moja robota, bo jemu formalnie nie można, a potem on to wszystko bez problemu zatwierdzi - mówi brzeski przedsiębiorca. - Zapytałem dyrektora: a wystawi mi pan fakturę, bo ja muszę mieć koszty? Dyrektor się zdenerwował, przyjął oficjalnie dokumentację prof. Rusińskiego i pożegnaliśmy się w chłodnej atmosferze.
Dyrektor Piskorski stanowczo zaprzecza zarzutom Gabigi. Mówi, że jeśli będzie go nadal publicznie szkalował, to spotkają się w sądzie.
- Żaden z moich pracowników, ani ja sam, nie rozmawialiśmy w cztery oczy z panem Gabigą - zapewnia dyrektor. - Oczywiście nie padały z moich ust żadne podobne propozycje, o których mówi pan Gabiga. Nie interesowała mnie cena, za jaką politechnika wykonywała dokumentację. Stwierdziłem tylko, że dokumenty podpisane m.in. przez pana profesora nadal wykazywały braki.
UDT uznał, że ponad 100 stron dokumentacji wykonanej przez Instytut Politechniki Wrocławskiej nie wystarcza, by zatwierdzić Gabidze urządzenie, które już od dziewięciu lat kupuje pół Europy. Kiedy urząd zaczął wykazywać kolejne uchybienia, profesor Eugeniusz Rusiński sam przyjechał do Opola, by wysłuchać argumentów urzędników.
- Ręce człowiekowi opadają, kiedy widzi, co się dzieje w tym opolskim UDT - mówi profesor Rusiński. - Przecież oni powinni pomagać przedsiębiorcy, zamiast blokować sprawy w nieskończoność. Kilka razy miałem spotkania z tymi panami i serce mnie bolało, że oni tak bezdusznie podchodzą do pracy. Proszę sobie wyobrazić, że polski przedsiębiorca, pan Gabiga, może produkować dla Niemiec, czy Szwecji, a dla nas już nie, bo blokuje go kilku urzędników, którzy reprezentują w dodatku bardzo niski poziom. We wrocławskim UDT takie praktyki są nie do pomyślenia.
Wojciech Piskorski, dyrektor UDT: - Z grzeczności nie powiem, na jakim stanowisku zatrudniłbym u siebie pana profesora. A doktorów, proszę pana, to w skali urzędu mamy kilkudziesięciu, i to wcale nie na najważniejszych stanowiskach...
Według Czesława Gabigi, podczas ostatniego spotkania w opolskim UDT, na którym oprócz niego byli obecni prof. Rusiński oraz dyrektor Piskorski, z ust dyrektora miały paść, w konwencji żartu, bardzo dziwne słowa.
- Zapytał mnie - opowiada brzeski przedsiębiorca - czy widziałem już, jaki piękny salon Mercedesa otworzył w Opolu Wróbel. Dyrektor mówił, że dostał kalkulację na jakiś typ mercedesa, ale to bardzo drogi samochód i jeszcze mu sporo brakuje do pełnej sumy. Mnie te słowa poraziły, choć to wszystko był mówione z uśmiechem, jako żart. Profesor pytał mnie w samochodzie w drodze powrotnej, czy ja słowa dyrektora odebrałem tak jako on. Skinęłem głową.
Dyrektor Piskorski energicznym krokiem podchodzi do biurka, podnosi słuchawkę i mówi, że dzwoni do prokuratury.
- Te zarzuty są nikczemne - mówi podniesionym głosem. - Pan profesor to potwierdził? Nie wiem, czy dalej będę ten wywiad robił. Powiadamiam prezesa Urzędu Dozoru Technicznego z Warszawy, że są mi tutaj stawiane takie bezpodstawne zarzuty. To przeszło moje oczekiwanie.
Po chwili dyrektor się uspokaja.
- W salonie Wróbla w ogóle nie byłem, był tam nasz pracownik, który odbierał urządzenie - mówi. - Poprosiłem go, z ciekawości, jako inżynier mechanik, jakby mieli tam jakiś na zbyciu katalog, żeby mi przyniósł. Ale takiej rozmowy, o jakiej mówi pan Gabiga, nigdy nie było.
Wpadł przez spawacza
Urządzenie o nazwie DHD 2.5 zostało po kilkunastomiesięcznych bojach zatwierdzone przez opolski UDT, jednak nie za darmo. Inspektorzy wpadli na nowy pomysł.
- Dyrektor powiedział mi, że UDT oficjalnie przeglądnie całą dokumentację z politechniki i usunie błędy - mówi Gabiga. - Wystawili mi za to fakturę na 5 tys. 160 złotych. Za poprawienie błędów zapłaciłem więcej niż za ponad 100 stron dokumentów przygotowanych przez wybitnych specjalistów z Instytutu Konstrukcji Maszyn Politechniki Wrocławskiej. Na uczelni powiedzieli mi, że wrocławski UDT za podobną pracę nie wziąłby więcej niż 600 złotych. Ale ja w końcu uzyskałem to pozwolenie, choć policzyłem sobie, że jak tak dalej pójdzie, to zbankrutuję.
Pan Czesław wyciąga kalkulator: - Produkuję ponad 40 typów urządzeń, na uzgodnienie dokumentacji jednego wydałem ponad 10 tysięcy złotych. Wychodzi na to, że za wszystkie zapłacił ponad 400 tysięcy!
Przedsiębiorca był jednak dobrej myśli, miał nadzieję, że urząd, widząc jego determinację, "odpuści sobie". Stało się jednak inaczej. Wiosną tego roku Gabiga, przeglądając dokumentację, firmową zorientował się, że jednemu z jego spawaczy skończyły się uprawnienia, że zapominał je przedłużyć.
- Przygotowywałem się wtedy do targów w Poznaniu i Kaliningradzie, w nawale obowiązków zdarzyło mi się to przeoczenie - przyznaje Gabiga. - Chodziło o uprawnienia Marka Makowskiego, mojego najlepszego spawacza, artysty w swoim fachu. Natychmiast wysłałem go na egzamin do opolskiej firmy "Profesja".
Marek Makowski, spawacz: - Kierownik tej firmy dał mi jakieś dwie blachy do pospawania, które plątały mu się pod nogami. Czułem się dziwnie, jakby mnie tam wszyscy ignorowali. W końcu kierownik powiedział, że bardzo dobrze mi wyszło i wróciłem do domu, myśląc, że wezwą mnie po odbiór zaświadczenia, że zdałem ten egzamin, albo wyślą mi go pocztą.
Wcześniej jednak w zakładzie Gabigi w Brzegu zjawiła się kontrola z... UDT. Pierwszą rzeczą, jakiej zażądali, były... uprawnienia spawacza Makowskiego.
- Powiedziałem im, że 21 maja mój spawacz miał egzamin w "Profesji" i jeszcze nie mam w ręku certyfikatu - mówi Gabiga. - Wtedy jeden z inżynierów odpowiedział: "Ale Makowski nie zdał". Zapytałem wzburzony, skąd on o tym wie, skoro ani spawacz, ani ja - jego szef, jeszcze o tym nie wiemy. Wtedy ten urzędnik się zreflektował i już nic nie mówił. Złapałem za słuchawkę i wykręciłem numer do prezesa Tomasiewicza z "Profesji". On mi potwierdził, że mój spawacz faktycznie nie zdał, ale on nie chce rozmawiać przez telefon, tylko przyjedzie do mnie w piątek do domu i wszystko mi wytłumaczy. No i faktycznie, prezes przyjechał do mnie i powiedział mi m.in.: "UDT pana nie lubi".
Dyrektor Piskorski z UDT po raz kolejny kręci z niedowierzaniem głową. Mówi, że teorie Gabigi nadają się do lekarza. Wyciąga z teczki pismo od prezesa "Profesji", który 11 czerwca 2003 oświadczył, że spawacz Makowski nie zdał egzaminu, bo...
"...nie czekając na ocenę egzaminu wewnętrznego dokonaną przez uprawnionego pracownika, opuścił teren naszego ośrodka. W związku z powyższym nie zgłosiłem do UDT Opole wniosku o przystąpienie spawacza do egzaminu. Ocenę złącza próbnego dokonałem następnego dnia. Oświadczam ponadto, że złącze próbne posiada niezgodności spawalnicze takie jak podtopienia ciągłe od strony lica oraz porowatość lica".
Dyrektor Piskorski z UDT: - No, widzi pan, i teraz mówienie, że prezes Tomasiewicz jechał do Gabigi do domu, to jest już, nie powiem co... - dyrektor śmieje się i kręci głową.
Jan Tomasiewicz, prezes "Profesji", potwierdza jednak, że był u Gabigi. Dodaje, że przelotem i przypadkowo.
- Byłem w Brzegu na szkoleniu - mówi prezes Tomasiewicz. - Dostałem telefon z firmy mówiący o tym, że pan Gabiga chciałby jakichś tam informacji zaczerpnąć. Zajrzałem do niego chyba na piętnaście minut. Byłem rozmową z panem Gabigą zbulwersowany, bo on zaczął mi insynuować jakieś nieformalne powiązania z dozorem technicznym.
Wersja Gabigi wygląda tak:
- Przyjechał do mnie od domu, choć nigdy w życiu wcześniej nie widziałem go na oczy. Powiedział, że Makowskiemu faktycznie próbka nie wyszła, a kierownik, który go pochwalił, "przekroczył swoje kompetencje". Prezes Tomasiewicz zaproponował mi, że będzie mediował między mną a UDT, żeby Makowskiego szybko dopuścić do kolejnego egzaminu. Zażądałem od Tomasiewicza wydania próbki, którą spawał Makowski. Prezes stwierdził, że ona gdzieś zaginęła. Byłem oburzony. Powiedziałem prezesowi, że za tym się kryje ludzki dramat, bo ja tego spawacza będę musiał zwolnić z pracy.
Prezes Tomasiewicz: - Broń Boże, próbka nie zginęła. Ja ją mam i trzymam na wszelki wypadek, aby jakieś grono arbitrów chciało tego kiedyś ocenić.
- Pamiętam, że pan Gabiga mówił mi wtedy, że nie dopuścili do egzaminu jego najlepszego spawacza, że zginęła próbka z egzaminu i cała ta sprawa coraz bardziej go załamuje - potwierdza prof. Eugeniusz Rusiński z Politechniki Wrocławskiej.
Władzy prosto w oczy
Pan Czesław, już skrajnie roztrzęsiony, dowiedział się, że w opolskim Urzędzie Wojewódzkim jest konferencja na temat korupcji. Przeczytał, że będą najwyższe władze. Jadąc do Opola, cieszył się, że spotka Ryszarda Zembaczyńskiego, który wizytował jego firmę jeszcze za komuny, jako wicewojewoda. Gabiga podnosił wtedy Zembaczyńskiego na wózku widłowym, by mógł zajrzeć za płot, jaki bajzel ma na placu państwowa firma, która z nim sąsiadowała.
- Ale niespodziewanie, jeszcze przed konferencją, dostałem telefon od inżyniera Świeca z UDT - mówi pan Czesław. - Poinformował mnie on, że w efekcie uchybień, stwierdzonych w trakcie kontroli, będą zmuszeni zawiesić mi uprawnienia do produkcji dźwigników. Ale dodał, że czekają na mnie w urzędzie, że może jeszcze da się coś zrobić, bo nie mają tej decyzji na piśmie.
Gabiga zadzwonił natychmiast do swojego mecenasa z Wrocławia. Ten odradził mu wchodzenie w jakikolwiek układ z urzędnikami. Poradził, żeby spokojnie czekać na to, "co tym razem wymyślą panowie z UDT".
Gabiga jednak spokojny nie był. Wszedł na salę Opolskiego Urzędu Wojewódzkiego z zamiarem wygarnięcia ponad 100 opolskim notablom, co tak naprawdę dzieje się w urzędach. Załapał się na głos po mieszkańcu Krapkowic, który oznajmił, że przesiedział 72 godziny w areszcie, bo popadł w konflikt z tamtejszą policją budowlaną, która miała od niego zażądać 6 tysięcy łapówki.
- Odnosząc się do problemu kolegi - powiedział brzeski przedsiębiorca - muszę pana pocieszyć, że ja mam 250 dni do odsiedzenia tylko dlatego, że nie zgodziłem się na kontrolę WIOŚ w dniu pogrzebu mojej matki.
Po czym pan Czesław w detalach opowiedział notablom, jak jest męczony przez urzędników, którzy chcą zamknąć jego firmę i posłać na bruk 20 pracowników. Julia Pitera, prezes Transparency International Polska, stowarzyszenia antykorupcyjnego, zaproponowała pomoc prawną.
- Sam fakt, że urzędnik dzwoni do domu do petenta jest złamaniem prawa - mówi Pitera.
Tymczasem we wtorek, dzień po konferencji, Gabiga dostał od inż. Świeca z UDT drugi i ostatni telefon z tą samą propozycją. Gabiga znów ją zignorował. W ubiegły piątek pan Czesław dostał pismo z UDT z decyzją o natychmiastowym zawieszeniu produkcji.
- Nie wypieram się tych telefonów, bo nie widzę w nich nic złego - mówi inż. Józef Świec z UDT. - Przeciwnie, myśmy chcieli panu Gabidze pomóc. Również do innych petentów dzwonimy, kiedy są braki w dokumentacji. Musieliśmy wstrzymać Gabidze produkcję, bo w trakcie kontroli ujawniliśmy nie tylko sprawę spawacza, ale także kilka innych uchybień.
Prof. Euganiusz Rusiński z Politechniki Wrocławskiej zapowiedział, że w sprawie traktowania Czesława Gabigi przez opolski Urząd Dozoru Technicznego będzie interweniował u prezesa centrali UDT.
- Coraz mniej jest w Polsce tak prawych i pracowitych ludzi jak pan Gabiga - mówi profesor. - Takim ludziom trzeba pomagać. Dyrektor Wojciech Piskorski z opolskiego UDT zastanawia się głośno, czy Czesław Gabiga jest zwykłym pieniaczem, czy też może ma w swojej walce z jego urzędem jakiś ukryty cel.
- Kto wie, czy nie ma on powiązań z jakąś europejską organizacją techniczną - mówi dyrektor. - W końcu niedługo wchodzimy do Unii, oni mogą być zainteresowani zdobyciem rynku, który ma nasza organizacja.
Gabiga: - Walę głową w ten urzędniczy beton. Ale coraz bardziej mnie ta głowa boli.
Dyrektor Piskorski: - Faktem jest, że chciałem panu Gabidze pomóc, kiedy nie radził sobie z dokumentacją. Okazać mu życzliwość, wskazać drogę rozwiązania problemów. Ale wobec tego, co on teraz o mnie opowiada, pozostanę już dla niego tylko zwykłym, chłodnym urzędnikiem.

Krzysztof ZYZIK




Created by   e-production
e-production wspiera działania na rzecz przejrzystości w biznesie
prowadząc portal Stowarzyszenia Stop Korupcji.
© 2003-2005 e-production All Rights Reserved.