kontakt
Stop Korupcji aktualności dokumenty
strona główna

 

Korupcją należy się brzydzić
źródło: Nowa Trybuna Opolska
data:
13 czerwca 2003


Zagrożeniem dla państwa są na przykład nieuczciwi policjanci. Dlatego to nimi, a nie członkami mniejszości niemieckiej, powinny zajmować się służby specjalne - uważa poseł Henryk Kroll.

Kroll był jednym z kilkudziesięciu dyskutantów, którzy wzięli udział w antykorupcyjnej debacie w opolskim urzędzie wojewódzkim, która odbyła się w ubiegły poniedziałek. Dyskusję, która miała ciekawy i momentami bardzo ostry przebieg, prowadziła Julia Pitera, szefowa polskiego oddziału stowarzyszenia Transparency International. Całe spotkanie było nagrywane przez służby techniczne urzędu wojewódzkiego. Kiedy próbowaliśmy dotrzeć do tych kaset, okazało się, że wszystkie są puste, bo nagranie nie udało się...
Poniższe wypowiedzi uczestników debaty pochodzą w części z poniedziałkowego spotkania, a w części z rozmów odbytych już po debacie.
Z korupcją za pan brat
Uczestnicy antykorupcyjnej debaty dowiedzieli się w słowie wstępnym Julii Pitery, że korupcja jest zjawiskiem występującym wszędzie na świecie, choć jest kilka krajów, w których przeciętny obywatel nigdy się z nią bezpośrednio nie zetknął (Dania, Finlandia). W większości cywilizowanych krajów korupcja towarzyszy niemal wyłącznie wielkim pieniądzom i wielkim transakcjom, np. zbrojeniowym.
Polskim dramatem jest jej upowszechnienie i zejście w dół - każdy z nas może mieć z nią do czynienia w urzędzie, u lekarza, na drodze, gdy zatrzyma go policja.
- Jeśli chodzi o sytuację w urzędach, to osiągnęliśmy poziom Afryki Środkowej - uważa Adam Maciąg, wicestarosta namysłowski. - W samorządzie, w którym od lat pracuję, jest to sprawa coraz bardziej zauważalna. Dotknęło to nawet mnie, kiedy jako obywatel wystąpiłem o pewną decyzję. Na skutek zwykłej urzędniczej złośliwości musiałem na długo zmienić moje plany życiowe. Choć samorządowe kolegium odwoławcze stwierdziło kilka rażących naruszeń prawa w mojej sprawie, to żadnemu urzędnikowi nic się nie stało.
Poseł Henryk Kroll uważa, że do korupcji przyzwyczailiśmy się w PRL-u, choć wtedy nikt tego pojęcia nie używał.
- Wtedy się nie kupowało, tylko załatwiało - mówi poseł. - No i do dziś pozostało nam przekonanie, że takie gratyfikacje, np. dla urzędników, są czymś normalnym. A niestety nie są, bo ci ludzie otrzymują za swoją pracę co miesiąc wypłaty. Jak im nie wystarcza, to niech się zwolnią i zrobią miejsce młodym bezrobotnym. Władze gminy powinny ostro reagować na takie przypadki.
- Samo pojęcie korupcji jest stosunkowo świeże - zauważa Ryszard Zembaczyński, prezydent Opola. - Wcześniej mówiło się o łapówkarstwie, o przedkładaniu interesu osobistego ponad publiczny. Wiem, że w urzędzie, którym od niedawna kieruję, była korupcja, choć są to rzeczy trudne do udowodnienia. Tutaj wielką rolę powinny odegrać wewnętrzne systemy kontroli, które do tej pory były fikcją. Nie można też dopuszczać do sytuacji, aby ważne decyzje zależały tylko od woli jednego urzędnika. W urzędach musi zacząć funkcjonować zasada kilku par oczu.
Poseł Kroll zauważa, że urzędy nie są jedynymi miejscami, w których przeciętny Polak spotyka się z korupcją.
- Zobaczmy, co się dzieje z lekarzami, a więc z zawodem, który winien być nadzwyczaj czysty - mówi poseł. - Znam kilku lekarzy bardzo uczciwych, świetnie wykształconych, którzy nie biorą. To są jednak ludzie stosunkowo biedni. Kto z państwa zna biednego lekarza? Jeżeli lekarz jeździ mercedesem, mieszka w willi, a wykazuje w dochodach z prywatnej praktyki 500 złotych, to ja się pytam, co to ma znaczyć? To są sprawy obrzydliwe, bo wykorzystuje się często ludzi ciężko chorych, przed operacjami, którzy dają łapówki ze zwykłego strachu przed śmiercią. Tym się należy brzydzić, ale to nie wystarczy. Odpowiednie organa powinny takie zjawiska tępić.
Janusz Kowalski, prezes Stowarzyszenia "Stop Korupcji", mówi, że ludzie często nie mają świadomości, jak są wykorzystywani, np. w przychodniach lekarskich.
- Wielu lekarzy zarabia dziś na drogich, zagranicznych lekach - mówi Kowalski. - Korumpują ich przedstawiciele firm farmaceutycznych, którzy w zamian za przepisywanie konkretnego leku fundują im potem rozmaite bonusy w postaci egzotycznych wycieczek zagranicznych, pod płaszczykiem naukowych konferencji. Proszę zobaczyć, że w przychodniach lekarskich jest coraz więcej reklam i gadżetów - jak w sklepach. To są ciągle tematy tabu.
Ryba psuje się od głowy
Duże poruszenie podczas antykorupcyjnej debaty wywołała wypowiedź prezydenta Ryszarda Zembaczyńskiego - najdłużej urzędującego w Polsce wojewody. Kiedy w 1999 roku stracił stanowisko, mówiło się, że podpadł ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych Januszowi Tomaszewskiemu za to, że brał udział w akcji obrony Opolszczyzny. Dziś Zembaczyński ujawnia inny ważny powód jego odejścia.
- Wytłumaczono mi prywatnie - mówi prezydent Opola - że jako wojewoda nie byłem "drożny", czyli nie przepływały przeze mnie pieniądze dla partii, która mnie desygnowała na stanowisko. Nie wiem, na czym polegała drożność innych AWS-owskich wojewodów. Podejrzewam, że chodzi o organizowanie pieniędzy od firm na kampanię wyborczą.
Janusz Sanocki, były burmistrz Nysy, wywołał swojego czasu niestrawność u Alicji Grześkowiak, marszałek Senatu z ramienia AWS, której podczas obiadu zaczął niespodziewanie wychwalać zalety systemu okręgów jednomandatowych. Po latach Sanocki zdania nie zmienił. Uważa, że jest to jedyny pomysł na walkę z korupcją polityczną, czyli na przecięcie chorych układów polityczno-biznesowych.
- Partie polityczne zagarnęły państwo - mówi Janusz Sanocki. - Elity władzy są tworzone nie przez społeczeństwo, jak nam się wydaje, ale przez partyjnych liderów. Oni, jak Leszek Miller, zawłaszczyli polską demokrację, oni kreują listy wyborcze, a wybranych posłów traktują jak maszynki do głosowania. Oni wchodzą w niejasne układy z biznesem, bo duża partia nie jest dziś w stanie funkcjonować bez wielkich pieniędzy. Na kampanię wyborczą wielka partia wydaje dziś realnie po 200, 300 milionów złotych. Czyli koszt umieszczenia przez takie ugrupowanie jednego posła w parlamencie to ponad milion złotych. Zaprzyjaźniony biznesmen to wspiera, ale oczekuje w zamian dopasowanych do siebie ustaw, rozmaitych koncesji i zezwoleń. W ten sposób państwo gnije od góry.
Adam Maciąg, Janusz Kowalski i Ryszard Zembaczyński zgadzają się z tym, że warto rozmawiać na temat wprowadzenia systemu wyborczego okręgów jednomandatowych.
- Bo dziś politycy nie są uzależnieni od opinii publicznej i swoich wyborców, ale od partyjnych baronów - tłumaczy Adam Maciąg. - Nawet jak się publicznie skompromitują, to zawsze mogą liczyć na układ, który ich wyniósł do władzy. Mogą się ukryć na ciepłych posadkach pozostających pod partyjną kontrolą, mogą liczyć na pobłażliwość sądów i organów ścigania.
Janusz Kowalski: - Polacy powinni głosować na ludzi, a nie na partie, które się u nas skompromitowały. Nie mamy w Polsce partii w sensie ideowym, mamy za to aparaty partyjne, kierowane przez ludzi z układów polityczno-biznesowych. Członek partii musi się podporządkować skorumpowanemu aparatowi, albo przepada. Polacy nie zawsze mają świadomość, że głosując na daną partię, tak naprawdę głosują na wąski jej aparat, którym steruje wielki biznes.
Poseł Henryk Kroll jako jedyny z rozmówców nie zgadza się z tezą, że okręgi jednomandatowe są szansą na skuteczną walkę z korupcją.
- Jeśli mamy chore partie, to je wyleczmy, a nie zabijajmy - mówi szef opolskiej mniejszości niemieckiej. - Przecież na całym świecie głosuje się na partie. Proszę sobie wyobrazić, że głosujemy w tych jednomandatowych okręgach i za chwilę w parlamencie mamy 460 indywidualności. Będzie typowo po polsku, czyli piekiełko, każdy sobie rzepkę skrobie. Polityka jest grą drużynową i polska prawica, zamiast zastanawiać się nad zmianą ordynacji wyborczej, powinna wreszcie stworzyć drużynę. Mówię to również we własnym interesie, bo moje serce bije bardziej po prawej stronie, choć nie ma tam z kim rozmawiać.
Elity się nie wychylą
Dyskutanci zgadzają się, że zjawisko korupcji w Polsce wiąże się z kryzysem polskiej inteligencji, z marginalizacją roli elit intelektualnych w wyznaczaniu standardów moralnych życia publicznego. Szczególnie boleśnie ten problem widać w Opolu, gdzie miejscowe elity poderwały się do obrony prezesa Elektrowni "Opole", który z publicznych pieniędzy finansował rozmaite ich przedsięwzięcia, ale już nie były w stanie zająć stanowiska w sprawie skandalicznych wydarzeń związanych z poprzednią władzą, wokół stałego obsuwania się jakości rządzenia Opolszczyzną, która w rankingach gospodarczych zajmuje ostatnie miejsca.
- Elity nie poczuwają się do bycia sumieniem społecznym - mówi Henryk Kroll. - Są rozproszone, podzielone, patrzą na rachunek polityczny, czy im się opłaca wychylić czy nie.
Według Ryszarda Zembaczyńskiego, elity są dziś zajęte zarabianiem pieniędzy.
- Każdy biega, dorabia, ratuje potrzeby biologiczne i nie ma czasu i ochoty na realizację celów wyższych - mówi prezydent Opola. - Tych elit po prostu już nie ma, rozproszyły się, cierpimy na chroniczny brak autorytetów. Jeśli ktoś podnosi dziś w tzw. towarzystwie temat korupcji, to wydaje się on dziwny, jakby popełnił nietakt.
Według radnego Janusza Kowalskiego, opolskie elity nie reagowały np. na krzywdę dziesiątek rodzin z "Dobrych Domów", bo same były uwikłane w rozmaite układy z ówczesną władzą.
- Opolskie elity od lat już skupiają się na odbieraniu medali, na wspólnym kadzeniu sobie, zamiast na podejmowaniu jakiejkolwiek poważnej debaty - mówi Janusz Kowalski. - Ostatnim miejscem, w jakim chciałbym się znaleźć, jest tzw. opolski salonik. Ci ludzie mówią o Europie, o standardach moralnych, a zupełnie nie przeszkadza im np. problem upartyjnienia mediów publicznych w Opolu. Przeciwnie, Radiem Opole podzielili się na zasadzie parytetu: prezes z SLD, wiceprezes z AWS-PiS, następny wiceprezes z PSL. No i pani senator z Unii Wolności, która mówi, że to są wszyscy wspaniali fachowcy.
Dziennikarz na tropie
Wszystkie największe przypadki korupcji w Polsce, zarówno te dotyczące spraw ogólnokrajowych, jak i te o zasięgu regionalnym, zostały wykryte i udokumentowane przez dziennikarzy. Organa, które są powołane do walki z korupcją i które utrzymujemy z podatków, uruchamiają swoje machiny dopiero pod presją publikacji prasowych. Okazuje się, że dziennikarz z notesem i długopisem jest bardziej skuteczny od policjanta, prokuratora i agenta służb specjalnych - choć te akurat instytucje wyposażone są prawnie i technicznie we wszelakie możliwości skutecznego działania.
- Jak to się dzieje, że sprawę korupcji w Ministerstwie Zdrowia, gdzie w grę wchodzi bezpieczeństwo państwa, wykrywa dziennikarz "Rzeczpospolitej", a nie wielka Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego - zastanawia się Janusz Sanocki. - Przecież to jest kompletne ośmieszenie tej służby. A jak było w sprawie "Dobrych Domów", co zrobiła policja i prokuratura, żeby uniknąć nieszczęścia ludzi? Nic, bo wiedzieli, że siedzą w tym politycy. Szef prokuratury sam się przyznał u was w gazecie, że dostał "zielone światło", dopiero jak sama partia pogrążyła wojewodę Pogana. Prokurator przyznał mimowolnie, że wcześniej miał czerwone światło, że nie mógł się do tego przykładać.
Adam Maciąg z Namysłowa przekonał się, jak wielka może być rola prasy, szczególnie w małym miasteczku, gdzie burmistrz, sędzia i prokurator to często po godzinach "sznapskoledzy".
- Mieliśmy w Namysłowie ewidentny przekręt, przedstawiciel władzy wystawił podwójną fakturę na 600 tysięcy złotych na budowę zbiornika retencyjnego - mówi Maciąg. - Miejscowa prokuratura zajmowała się tym dwa lata, a potem po cichu umorzyła śledztwo. Jeden telefon dziennikarza "Rzeczpospolitej" sprawił, że Prokurator Okręgowy w Opolu skontrolował sprawę i skierował ją do ponownego rozpatrzenia.
Henryk Kroll jest fatalnego zdania o polskich organach ścigania.
- Po co opłaca się ludzi, których zadaniem jest również ściganie korupcji, a oni niewiele robią, bo boją się narażać - mówi poseł. - A może rzecz polega na tym, że wygodniej wziąć 20 euro do kieszeni od zatrzymanego na drodze obcokrajowca? A po co mamy Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, żeby podsłuchiwać członków mniejszości niemieckiej? Może ktoś tam w końcu dojdzie do wniosku, że zagrożeniem dla państwa są nieuczciwi policjanci, a nie członkowie mniejszości niemieckiej. Na razie widać, że liczyć można tylko na dziennikarzy.
Janusz Kowalski: - Chwała mediom, bo one ratują honor naszej demokracji. To dzięki mediom ujawniono opolskie afery, ale ja bynaj-mniej nie uważam, że te sprawy są załatwione. Czekam, aż ludzie, którzy to wszystko zrobili, znajdą się za kratkami, a nie na jakiejś nowej, ciepłej posadzce. Ale to już nie zależy od dziennikarzy.
Według Ryszarda Zembaczyńskiego, w Polsce najbardziej skompromitowały się systemy kontroli wewnętrznych w instytucjach.
- Afera lekowa powinna być wykryta już na poziomie wewnętrznej kontroli w ministerstwie - mówi prezydent Zembaczyński. - W rzeczywistości te kontrole okazują się fikcją. Szybko i skutecznie funkcję kontrolną w państwie spełnia dziś tylko wolna prasa. Zawodzą organa skarbowe, Najwyższa Izba Kontroli czy prokuratura.
Moda na uczciwość
Dyskutanci zgadzają się, że po ujawnieniu ostatnich afer - ogólnopolskich i opolskich - nie da się już udawać, że nie ma sprawy, że opisane przypadki korupcji to wypadki przy pracy. Według naszych rozmówców, obok naprawy sceny politycznej należy też próbować zmieniać naszą mentalność. Prof. Witold Kieżun, ekspert ONZ, z którym rozmawialiśmy kilka tygodni temu, uważa, że należy surowo i publicznie piętnować łapówkarzy, a jednocześnie wprowadzić swoistą modę na uczciwość.
- To dobry pomysł, bo dziś wielu ludziom na stanowiskach brakuje zwykłej kindersztuby i uczciwości wyniesionej z domu - mówi Henryk Kroll. - Uważam, że każdy powinien zacząć od siebie. Podam przykład: ja zostałem publicznie napiętnowany, również na jednym z zebrań mniejszości, bo uczciwie podałem w oświadczeniu majątkowym, że mam wysokie oszczędności. Tymczasem ja od wielu lat jestem posłem i żyję bardzo oszczędnie. Za dwa lata, kiedy pewnie będą nowe wybory, będę miał 56 lat - 9 do emerytury. Jak je przegram, to muszę z czegoś żyć. Nie ukrywam moich oszczędności, ale podobnie robi tylko dwóch, trzech kolegów posłów. Reszta opolskich parlamentarzystów, wiem, co mówię, trzyma pieniądze na kontach dzieci, wnuków i innych członków rodziny. Czy to jest moralne?
Adam Maciąg uważa, że należy doprowadzić do tego, aby łapówkarz nie był postrzegany w towarzystwie jako obrotny i zaradny, ale po prostu jako złodziej.
- Korupcją należy się brzydzić - mówi Maciąg.




Created by   e-production
e-production wspiera działania na rzecz przejrzystości w biznesie
prowadząc portal Stowarzyszenia Stop Korupcji.
© 2003-2005 e-production All Rights Reserved.