kontakt
Stop Korupcji aktualności dokumenty
strona główna


Normalne Państwo

źródło: Newsweek
numer 08/05

Nazwano ich generacją NIC. Pokoleniem straconej szansy i ideowej pustki. To skąd nagle się wzięli na antyglobalistycznych manifestacjach? Skąd tysiące polskich studentów na kijowskim Majdanie? Dlaczego wpadło im do głowy, żeby przyjść pod "Rzeczpospolitą" i krzyczeć w obronie Bronisława Wildsteina? Albo stawić się na procesie Doroty Nieznalskiej. Kto im namalował te plakaty?
Jeszcze dwa-trzy lata temu media i socjolodzy prześcigali się w wymyślaniu dla nich kryptonimów. Pokolenie ego. Generacja zabawy. Bez wielkich celów, ideałów. I bez iskry buntu w sobie. Bo też przeciw czemu mieli się buntować? W latach wielkich przemian gospodarczych, otwarcia się świata wszystko wydawało się proste i łatwe do osiągnięcia. Starsi - w powyciąganych swetrach, wychowani na strajkach i styropianie, kpili z ich nadmiernie szykownych garniturów, zamiłowania do pieniędzy, kariery i telefonów komórkowych.
Ale nagle, pod koniec lat 90., kanały awansu zatkały się. Ogromne bezrobocie uświadomiło, że nie wszystko jest do osiągnięcia. Zobaczyli korupcję, układy, nepotyzm na każdym szczeblu władzy, a nawet na uczelniach. Wszystko to sprawiło, że młodzi, wykształceni i ambitni poczuli się zepchnięci na boczny tor. I to państwo, które dotąd jakby nie istniało, zaczęło mocno uwierać. Mają po 20-30 lat. Zamiast organizować szalone zabawy i weekendowe wypady, zakładają stowarzyszenia o znamiennych nazwach: Stop Korupcji, Normalne Państwo, Fair Play.
- Zmienimy ten kraj, zobaczysz - rzuca lekko 20-letni student prawa Maciej Żybula z Warszawy, a o kilka lat starszy Maciek Styba z Gdańska, który opuścił związany z SLD Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, z nieukrywaną nutą goryczy dorzuca: - Oszukali nas, ale nasza rewolucja zmiecie całe to towarzystwo.
Zmiecie czy nie, na pewno młodzi ludzie, wychodzący dziś z uczelni, bardziej niż 30-, 40-latkowie gotowi są do buntu przeciw rzeczywistości. Chcą naprawiać państwo, zrobić z Polski normalny kraj. Co jeszcze uderzyło nas w rozmowach, które prowadziliśmy w ośrodkach akademickich w całej Polsce, to butne przekonanie, że dadzą sobie z tym radę.

Już trzy lata temu we wnioskach z obszernych badań na temat młodzieży socjolog dr Tomasz Żukowski przewidywał: "Potencjalny bunt młodych odwoła się do interesów całego społeczeństwa, całej Polski. Podobny do tego z lat 1980-1981". - Na razie nie widać oznak masowej zmiany postaw - mówi o milionach młodych dr Mirosława Grabowska z Wydziału Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Ale Żukowski nie jest już tego taki pewien. Twierdzi, że skoro kipi wśród młodzieżowych elit, to przy sprzyjających okolicznościach może zakipieć i w masach. Dodajmy - tym bardziej że sytuacja, w której trzeszczą szwy III Rzeczypospolitej, narasta niezadowolenie z Rywinlandii, a krajowi potrzeba znów wielkiej reformy, kreuje liderów protestu. A ci mogą pociągnąć za sobą innych.
- Najważniejsze jest środowisko. Samemu nic się nie zdziała - powtarza 27-letni dziś Janusz Kowalski z Opola. Większość naszych rozmówców, pytana o przykład
pozytywnego bohatera III RP, wskazywała właśnie jego. I choć opinii publicznej poza Opolem to nazwisko niewiele mówi, warto mu się przyjrzeć.
Kariera Kowalskiego zaczyna się w 1998 roku. Całą władzę w mieście bierze wtedy lewica, miażdżąc w wyborach samorządowych AWS. Zaczynają się niczym nieograniczone rządy SLD. Z tego ugrupowania wywodzą się wojewoda i marszałek województwa. - Pełna władza i żadnej kontroli. Politycy AWS byli nieporadni, a chyba i nie mieli siły moralnej, by patrzeć na ręce Sojuszowi, nie mówiąc już nawet o stworzeniu prawdziwej alternatywy - mówi Kowalski, który wtedy był studentem prawa.
Pierwsze spotkania organizowali na ulicy, bo nie było ich stać nawet na piwo w pubie. Tak powstało stowarzyszenie Stop Korupcji. Zaczęli działać: happeningi, plakaty, konferencje prasowe, na których ujawniali nadużycia lokalnej władzy.
O kolejnych aferach dowiadywali się od mieszkańców miasta, którzy zaczęli obdarzać ich coraz większym zaufaniem.
- W wyborach w 2002 roku weszliśmy do rady miasta. Dalej było łatwo - mówi Kowalski, spacerując po zabytkowych wnętrzach opolskiego ratusza. Uparli się i powołali w samorządzie miejskim komórkę audytu wewnętrznego. Zatrudnili w niej byłego funkcjonariusza UOP, wyrzuconego z pracy przez ludzi Millera. W efekcie były prezydent, marszałek województwa i kilku innych z SLD odpowiadają przed prokuratorem. A opowieść o opolskim cudzie rozchodzi się po kraju. - Zobaczycie, on zostanie premierem - twierdzi Bartłomiej Michałowski z warszawskiego stowarzyszenia Normalne Państwo.

Być może, ale opowieść o Januszu Kowalskim ważna jest jeszcze z kilku innych względów. Opolski przykład pokazał, że najkrótszą drogą do sukcesu politycznego jest droga samodzielna, bez oglądania się na starszych polityków. I jeszcze to, że trzeba działać w masie. Trzeba się organizować - nawet niewielka grupa lojalnych, mających cel ludzi może rozbić mury. Dlatego Michałowski, 30-letni menedżer w dużym koncernie i kilkudziesięciu jego kolegów ze stowarzyszenia ciągle poszukują podobnych sobie osób i środowisk.
Jak mówi adwokat Maciej Ślusarek z Normalnego Państwa, wspólny mianownik jest jeden: nie godzisz się z tym, co dzieje się w kraju i chcesz wpływać na rzeczywistość. Opisali to w manifeście "Kim jesteśmy": "Dosyć partyjniactwa, korupcji, demagogów i psucia Państwa. Skupiamy w naszych szeregach prawników, inżynierów, marketingowców, przedsiębiorców, ekonomistów, architektów, grafików, finansistów,
lekarzy i wielu innych światłych Polaków, którzy chcą Polski z jasnym systemem wyborczym, kompetentnymi ludźmi u steru władzy i gospodarki, oszczędnym i efektywnym aparatem władzy, prostym systemem podatkowym".
Ten apel to efekt długich dyskusji. Po wybuchu afery Rywina Michałowski napisał list do redakcji "Rzeczpospolitej". Podał adres e-mailowy i zaapelował, by zgłaszali się ci, którzy chcą coś zmienić. Nadeszło pół setki odpowiedzi. - Mówimy głośno to, co czują wszyscy: że nie tak to wszystko miało być, nie tak to sobie wyobrażaliśmy - dodaje Tomasz Chmal, ceniony i dobrze opłacany adwokat, który tą drogą wszedł do stowarzyszenia. Zastrzega, by nie przedstawiać ich jak czarnowidzów czy lepperowców. Doceniają sukcesy Polski, cieszą się z obecności w Unii Europejskiej, ale czują, że stać nas na więcej. - Czy pełne półki to wszystko, czego możemy chcieć? Pełne półki nie znaczą, że to państwo jest normalne - podkreśla Ślusarek. A Chmal dodaje: - Rywinowi trzeba by postawić pomnik, bo ludzie zobaczyli cały ten brud.
Nazwisko producenta filmowego pada często. Młodzi Polacy, wchodzący dziś w dorosłe życie, nie mają żadnego wspólnego doświadczenia pokoleniowego. Takiego, jakim dla starszych o dekadę było obalenie komunizmu w 1989, dla 50-latków pierwsza Solidarność w 1980 roku, a dla 60-latków Marzec 1968 czy Grudzień 1970. Nie sposób wskazać wydarzenia mogącego stanowić dla tego pokolenia źródło wspólnych wartości, punkt odniesienia. Można jednak zaryzykować tezę, że najsilniejszym na razie doświadczeniem pokoleniowym urodzonych w latach 80. jest właśnie szok, który spowodowało ujawnienie bezmiaru korupcji w Polsce. Wydaje się, że Rywingate nazwała to, co młodzi obserwowali na poziomie lokalnym, ale na co nie było dowodów: że żyją w kraju wprawdzie wolnym, ale niewydolnym, źle zarządzanym i potwornie skorumpowanym. I że to nie jest abstrakcyjny problem elit. To ich problem - zupełnie konkretny, namacalny.
Mówili o tym uczestnicy debaty, jaką "Newsweek" zorganizował w ubiegły czwartek na lubelskim Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej. - O zdobyciu pracy często decydują znajomości czy układy rodzinne - mówił Marcin Kowalewski, 22-letni energiczny blondyn z IV roku zarządzania i marketingu. Dla pokolenia wychowanego w III RP trudności ze znalezieniem atrakcyjnej pracy, a często jakiegokolwiek zajęcia są doświadczeniem najbardziej bolesnym.
Jak podkreśla Tomasz Żukowski, przez lata święcie wierzyli, że wykształcenie gwarantuje życiowy sukces. Żukowski nazywa to "cichą rewolucją edukacyjną". Czteroipółkrotnie w stosunku do 1990 roku wzrosła liczba studentów. Jedna trzecia płaci za naukę. Ciężko pracują, głęboko wierząc, że to inwestycja w lepsze życie. Ale to dziś żadna gwarancja. Więcej - jak zauważa dr Żukowski - pokolenie wchodzące na rynek pracy często nie może znaleźć dla siebie żadnego zajęcia.
Marcin Kowalewski przyjechał do Lublina z małej miejscowości Wierzbica w powiecie chełmskim. Dziś jest przewodniczącym Zarządu Uczelnianego Samorządu Studentów. Podczas debaty jest jednym z najżywiej dyskutujących. Równie aktywnie bierze udział w rozmowie drobna 23-letnia Agnieszka Parol z Tomaszowa Lubelskiego, która kończy właśnie ekonomię na UMCS i szefuje komisji współpracy zagranicznej studenckiego samorządu. - Widzę różnicę między ludźmi, którzy działają tak jak my w samorządzie, a tymi, którzy tylko studiują. Oni są mniej pewni siebie. Tylko narzekają, że nie ma pracy, że mają mało możliwości. Tak można utonąć - mówi, energicznie gestykulując, Agnieszka Parol.
- Bądźmy realistami. Nawet przy dobrym wykształceniu i sporej dawce praktyki niełatwo się przebić. Zasady selekcji do zawodu prawniczego, który zamierzam wykonywać, są niejasne - chłodzi Wojciech Nowak z IV roku prawa.
Od wielu lat z blokowaniem dostępu do zawodu adwokata, radcy i notariusza walczy dwunastu młodych absolwentów prawa z Warszawy, Krakowa, Katowic, Poznania, Lublina i Wrocławia. Dwa lata temu stworzyli stowarzyszenie Fair Play. Korporacje prawnicze limitują bowiem liczbę przyjęć na aplikacje - jest ich kilkanaście razy mniej niż chętnych, a do zawodu o wiele częściej niż inni kandydaci dopuszczane są dzieci prawników. Prawnik Marcin Gomoła opisuje tę sytuację tak: gdyby podobne korporacje rządziły taksówkami, w Warszawie byłoby tylko 100 taksówek, kilometr kosztowałby 50 złotych, co roku kierowca kupowałby nowego mercedesa i twierdził, że robi to wszystko dla dobra klienta.
- Każdy z nas pisał artykuły, bo miał dość systemu korporacji. Założyliśmy stronę w Internecie i podjęliśmy inicjatywę obywatelską. Zainteresowaliśmy posłów projektem zmian w prawie, choć musimy walczyć z silnym lobby adwokackim w Sejmie. Bo wiadomo: posłem się bywa, a adwokatem się jest - mówi Gomoła. Projekt nowej ustawy
o aplikacjach przygotowali we współpracy z PiS-em. Właśnie kończą się nad nim prace w komisji sejmowej. Młodym zależy na tym, by w zawodzie prawniczym zaczął działać wolny rynek: egzamin powinien być państwowy, niezależny, powinna być dozwolona reklama, a więc konkurencja cenowa usług prawniczych. Niech klienci decydują, kto lepszy i kto utrzyma się w zawodzie.
- Nie chcemy się dopasować do istniejących, niesprawiedliwych reguł, tylko je zmienić
- mówi Gomoła. I przytacza popularny dowcip: - Co mówi absolwent prawa z 1994 roku do tego, który ukończył studia 10 lat później? "Hamburgera proszę".
Ta wizja powoduje coraz bardziej widoczną próbę pokoleniowej samoorganizacji. Cele, często nie nazywane, są dwa: nacisk na zniesienie nieuczciwych barier w dostępie do pracy i władzy oraz zmiana reguł gry. Młodzi są lepiej wykształceni, znają języki i są przekonani, że wygrają konkurencję, jeśli zasady będą uczciwe. Trzech Maciejów: Zaborowski (21 lat), Wąsek (22) i Żybula (20) z warszawskiej Fundacji Odpowiedzialność Obywatelska z pasją wymienia: mało biurokracji, niskie podatki, zniesienie korporacji. Bo jak to jest, że Polak w kraju nic rzekomo nie umie, do niczego się nie nadaje, nie może znaleźć pracy, a wystarczy, że znajdzie się w Anglii i zostaje doskonałym pracownikiem? Przez trzy godziny lotu tak się zmienia?
- W naszym pokoleniu jest niezadowolenie, jest dynamit, tylko brakuje impulsu. My będziemy iskrą, która zdetonuje ten ładunek - mówi Wąsek. Eksperci badający nastroje młodych są jednak sceptyczni co do ich możliwości. - Stawiam tezę, że młodzież może być rozsadnikiem buntu, ale nic samodzielnie nie zrobi - twierdzi socjolog dr Krzysztof Koseła.

Analizy socjologów zdają się mijać z tym, co można zobaczyć w wielu miejscach Polski. Elity młodej generacji organizują się i mają świadomość wyzwań, przed którymi stają. Ich liderzy to postaci z klarowną wizją świata i charyzmą, co nakazuje traktować ich poważnie. Wąsek w jednym ma rację: silna, zgrana i świadoma grupa 500 osób może znaczyć w życiu publicznym więcej niż 100 tysięcy pospolitego ruszenia. Już dziś - jak wynika z naszych obliczeń - zorganizowane środowiska młodzieżowe (nie licząc harcerstwa) liczą kilka tysięcy osób. A będzie ich więcej.
Odpowiedzialność Obywatelska uruchamia Akademię Młodych, kursy edukacyjne dla uczniów szkół średnich. W wymalowanej na zielono siedzibie fundacji przy ulicy Smolnej w Warszawie czekają już przygotowane ulotki. - Organizacja, świadomość celu i idealizm - wylicza Maciej Zaborowski. Dodajmy jeszcze - Internet. Dzięki temu medium coraz trudniejsze staje się blokowanie informacji. To właśnie młodzi ludzie błyskawicznie rozesłali sobie po kraju listę zasobów archiwalnych IPN. Internet jest dla nich płaszczyzną debaty ideowej, miejscem werbunku i trąbką wzywającą do akcji.
Że to działa, widać było 5 lutego pod redakcją "Rzeczpospolitej", w trakcie pikiety w obronie Bronisława Wildsteina. - Sam byłem zdziwiony, że tylu młodych ludzi przyszło. Cieszę się, widocznie czują to, co ja - mówi Wildstein. Z Opola przyjechał Kowalski, z Kielc grupa młodych działaczy Platformy Obywatelskiej z Konradem Łęckim, z Odpowiedzialności Obywatelskiej przyszło 30 osób.
- To jest ta cała paranoja III RP. Przez 15 lat nie zrobiono lustracji, ile się można z tym grzebać? - pyta wściekły Wąsek. A kieleccy działacze PO spotykają się na naradzie, by ustalić, kiedy najlepiej zaprosić Wildsteina do ich miasta na duże spotkanie z mieszkańcami. - Lustracja? O czym tu dyskutować, trzeba to zrobić jak najszybciej - ocenia Łęcki.
Tym językiem mówi większość naszych rozmówców. Dla nich konieczność otwarcia archiwów jest oczywista. - Wam odmawiano prawdy o Armii Krajowej - mówią - czym to się różni od skrywania przed nami historii lat 70. i 80.?

Nawet młodzi lewicowcy idą w poprzek podziałom na górze i nie widzą w lustracji niczego złego. - Lustracja nam się podoba - mówi Mariusz Popławski z toruńskiego Stowarzyszenia Młodej Socjaldemokracji (SMS). I przewrotnie dodaje: - Na pewno unieszkodliwiłaby część betonu partyjnego, tych dziadów z SLD. Podziałałaby na nich uzdrawiająco - mówi.
Działacze SMS narzekają na bezideowość partii i jej skostnienie. - SLD nie może wyzwolić się z pezetpeerowskich układów. Nas, młodych, traktują nie jak nadzieję partii, tylko jak konkurencję - twierdzi Popławski. Ten szczupły blondyn o sympatycznym wyrazie twarzy oburza się szczerze, wymawiając nazwę SLD. Przekonuje, że na prawicy młodzież ma duże wsparcie starszych polityków i podaje przykład szefa PiS-u na województwo kujawsko-pomorskie Zbigniewa Girzyńskiego, który podczas konferencji na temat rozszerzenia granic Torunia cały czas dawał mówić młodym, by się uczyli. - Ci z Sojuszu gadaliby sami - mówi zgryźliwie.
Podobny ton słychać w gdańskim Młodzieżowym Froncie Lewicowym, tworzonym przez niedawnych działaczy zbliżonego do SLD Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. Na spotkanie do pubu Latający Holender w podziemiach budynku LOT-u, dobrze pamiętającego czasy realnego socjalizmu, w środowy wieczór 16 lutego przychodzi sześciu działaczy. 28-letni handlowiec Maciek Styba i 30-letni Piotr Drosd przyznają, że wierzyli Millerowi i Kwaśniewskiemu. - Broniliśmy ich przed zarzutami o nepotyzm i koniunkturalizm. Dziś wiemy, że wycierali sobie nami gębę. I tego im nie zapomnimy.
Powoli z ich opowieści wyłaniają się szczegóły wskazujące, że chcieli tego konfliktu ze starymi. Wiosną 2003 roku topili polityczne Marzanny. Kukły przedstawiały nie tylko Busha i Leppera, ale też Millera i Kwaśniewskiego. - I wtedy zaczęło się piekło - opowiada 22-letni Filip Gach, student politologii na Uniwersytecie Gdańskim. - Wzburzeni politycy SLD dzwonili z samej Warszawy, aby nas uciszyć.
Oni jednak poszli krok dalej i 1 maja samodzielnie zorganizowali pochód ulicami Gdańska wbrew SLD, który urządził piknik referendalny. Na transparentach jedno z haseł brzmiało: "Do widzenia, panie Leszku". W efekcie to partia powiedziała im - żegnajcie. Tak naprawdę, oceniają, poszło o ich ideały: że rządzi skorumpowany SLD. Nie kryją satysfakcji, że dzięki teczkom byłej SB z lewicy odejdzie kilku politykierów. - To nie nasza wojna, ale i nie nasze straty - śmieje się Filip Gach. Im tak samo jak aktywistom ruchu Pracownicza Demokracja, walczącego o prawa socjalne dla pracowników najemnych, chodzi o obronę lewicowego światopoglądu.

Ich świat to demonstracje w obronie Nieznalskiej, praw gejów i radykalny sprzeciw wobec wojny w Iraku. Filip Ilkowski 30-latek, doktorant z Uniwersytetu Warszawskiego, jest jednym z głównych organizatorów planowanej na 19 marca wielkiej antywojennej manifestacji w Warszawie. Poligonem doświadczeń był dla niego antyglobalistyczny szczyt w centrum Warszawy kilka miesięcy temu. Lewicowa młodzież z różnych organizacji wreszcie znalazła się w jednym miejscu razem. Dziś tamte kontakty procentują. Ilkowski nie ma problemu, aby skrzyknąć w sobotnie południe 18 lutego w Warszawie kilkuosobową grupę do zbierania podpisów pod petycją o wycofanie polskich wojsk z Iraku. Pacyfiści wybrali się również na kijowski Majdan, a nawet na demonstrację w obronie Wildsteina.
Młodzi bronią wszystkiego, co wydaje im się prawdziwe. - Byłem w Sumach, 400 kilometrów od Kijowa, i widziałem ten entuzjazm. Teraz czas na podobną odnowę
w Polsce - mówi Przemysław Piec, 24-letni mieszkaniec Jędrzejowa niedaleko Kielc. W miejscowej restauracji pokazuje z dumą artykuły z lokalnych gazet na temat swojej wyprawy i identyfikator wydany przez ukraińskie MSW. Miesiąc po powrocie zapisał się do PiS.
- To prawda, kijowski Majdan nas zmienił - mówi Janek Gebert, 24-letni student psychologii społecznej. Działa w Polskiej Unii Studentów Żydowskich, Amnesty International i w samorządzie studenckim. Z zapałem opowiada o tym, co działo się na Ukrainie. Jego zdaniem polskie stowarzyszenie Wolna Ukraina, skupiające jemu podobnych, to nie ruch pokoleniowy, a raczej elitarny ruch polskich studentów. Większość wywodzi się z rodzin inteligenckich, z tradycją. - Nasi rodzice byli aktywni w latach przełomu. My też chcemy coś robić. Wiemy, że nie możemy być obojętni - tłumaczy.
Inicjatorzy Wolnej Ukrainy - Jacek Kastelaniec, Kuba Michałowski, Janek Gebert, Gosia i Asia Wołyńczyk, Marynia Thun - najpierw roznosili ulotki, potem zaczęli pisać petycje, organizować zbiórki i manifestacje poparcia dla uczciwych wyborów na Ukrainie. W grudniu z pomocą polskiego rządu niektórzy wyjechali obserwować ukraińskie wybory. Dziś są dumni z tego, co osiągnęli. Czy jeszcze kiedyś wyjdą na ulicę i będą manifestowali? Kastelaniec mówi dziś: - Nie wiem. Na pewno protestowałbym, gdyby prezydentem został Lepper.

Jeżeli ktoś sądził, że debata o III i IV RP to monopol radiowych talk show i kilkunastu polityków, to powinien odwiedzić młodzieżowych działaczy w Kielcach, Gdańsku czy Lublinie. - Przejście z III RP do IV to symboliczne przejście przez morze i nie mogę się go już doczekać - mówi lewicowiec Mikołaj Kuligowski. Co tam zastaną, to inna sprawa, ale powstrzymać będzie ich coraz trudniej.
Współpraca: Andrzej Potocki, Urszula Szopa, Marek Zoelner, Wrocław




Created by   e-production
e-production wspiera działania na rzecz przejrzystości w biznesie
prowadząc portal Stowarzyszenia Stop Korupcji.
© 2003-2005 e-production All Rights Reserved.