kontakt
Stop Korupcji aktualności dokumenty
strona główna


Gra o zielone złotówki


źródło: Nowa Trybuna Opolska
data:
22 października 2003


Prywatna firma Janiny Hajduk-Nijakowskiej dostała w 2002 roku 137,6 tys. zł dotacji z Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. Jej syn jest członkiem rady nadzorczej funduszu.

Skład komisji konkursowej: Jan Kubok, zastępca przewodniczącego Wojewódzkiej Komisji Ochrony Przyrody, Maria Urbaniec, przedstawiciel Komisji Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Sejmiku Województwa Opolskiego, Adam Rak, członek Rady Nadzorczej WFOŚ w Opolu, Bogusław Gębala, dyrektor Zarządu Opolskich Parków Krajobrazowych i Zbigniew Figas, prezes zarządu WFOŚ w Opolu.
Zastrzeżenia budzi samo przyznanie dotacji i jej wysokość. Niezależni producenci twierdzą, że za taką sumę (z wymaganym przy tego rodzaju dotacji udziałem własnym producentki to razem 226 688 zł) można by wyprodukować niskobudżetowy film fabularny i wystawić go do konkursu na festiwalu filmowym w Gdyni.

Zasady udzielania dotacji przez WFOŚ określają, że beneficjant nie może mieć zysku z dotacji. Jeśli uwzględnić fakt, że 137,6 tysięcy złotych pokrywało 60 proc. kosztów całej produkcji 40 dziesięciominutowych filmów cyklu "Ekolandia" (40 proc. to wkład własny producenta), to jeden odcinek 10-minutowego cyklu musiałby kosztować firmę Janiny Hajduk-Nijakowskiej
5 667 zł.
- To niemożliwe - twierdzą ludzie z branży telewizyjnej.
- Gdybym to robił dla TV Wrocław, to dostałbym za taki film jakieś 300-500 złotych i jeszcze bym się cieszył, że to jest emitowane - mówi niezależny producent.
Wśród 40 filmików nakręconych przez firmę Janiny Hajduk-Nijakowskiej są produkcje robione w terenie, z udziałem fachowców od ochrony środowiska, inżynierów, leśników i naukowców, którzy opowiadają o ekosystemie, objaśniają, jak działa oczyszczalnia ścieków, co robi się z wrakami samochodów itp. Ale są też robione w jednym pomieszczeniu. W odcinku pt. "Czerwona księga roślin" autorzy książki opowiadają o swojej publikacji, a materiał jest okraszony ilustracjami z tej książki. Przy filmie pracowało aż pięć osób: dwie przy realizacji i po jednej przy zdjęciach, montażu i kierownictwie produkcji.
- Nie, to jest śmieszne - uważa człowiek z telewizyjnej branży. - Do takiej realizacji wystarczą dwie, maksymalnie trzy osoby: dziennikarz, kamerzysta plus montażysta, który dostaje 70-80 złotych za jeden odcinek. Ale jeśli mówimy o materiale, w którym leśniczy pokazuje dzieciom drzewa w lesie, to wystarcza jeden człowiek.
- Taki pojedynczy film może kosztować maksymalnie tysiąc złotych. W tym przypadku to jest nic innego jak nabijanie kosztów - twierdzi producent, który robił materiały dla RTL-u i Polsatu. - Najprawdopodobniej chodziło o to, żeby wykazać jak największe koszty. Jeśli podwykonawcy wystawili faktury na wysokie kwoty, a realnie ponieśli niewielkie koszty, to różnica między jednym a drugim była tak duża, że wystarczyło i na podatek od wysokich faktur, i został jeszcze niezły zarobek do podziału.
Poprosiliśmy Zbigniewa Figasa, prezesa funduszu, o kopie faktur wystawionych przez firmę Hajduk-Nijakowskiej, ale ten po konsultacji z prawnikiem odmówił.
- Pani Hajduk-Nijakowska nie przedkładała do rozliczenia dotacji żadnych faktur wystawionych przez siebie, lecz wyłącznie faktury i rachunki od podwykonawców - wyjaśnia Figas. - Zgodnie z opinią prawną, fundusz nie ma obowiązku i uprawnienia udostępniać informacji na temat podwykonawców, firm współpracujących oraz dokumentów księgowo-rachunkowych.

Firma Hajduk-Nijakowskiej przekazała TVP SA w Katowicach prawa do emisji 40 odcinków "Ekolandii" nieodpłatnie. Wynikałoby z tego, że jej firma nie tylko nic na tym nie zarobiła, ale jeszcze dopłaciła do tego 89 088 zł (40 proc. produkcji). W imię czego?
- Chce pani udowodnić, że zrobiliśmy to za drogo? To jest pani pogląd. Ja uważam, że zrobiliśmy to znacznie taniej, niż powstałoby to w innych produkcjach.
- Z analizy kosztów i zasad dofinansowania wynika, że pani nic na tym nie zarobiła, a dołożyła prawie połowę pieniędzy.
- To prawda. Ja nic na tym nie zarobiłam.
- To po co pani to robiła?
- Mam poczucie odpowiedzialności za zespół, który prowadzę.
- I to wszystko?
- To panią dziwi? No to trudno. To niech pani zostanie z tym swoim zdziwieniem.
Janina Hajduk-Nijakowska przedstawiła nam na piśmie koszt produkcji jednego odcinka: wynosił on 3 440 zł (w tym 2 000 zł to honoraria brutto, a 1 440 zł - koszty techniczne). Według kosztorysu przedłożonego w WFOŚ, pełen koszt wyprodukowania jednego filmu (dotacja plus wkład własny) musiałby wynosić 5 667 zł.
Brakujące w tym rozliczeniu 1 227 zł, czyli wkład własny do produkcji, to właściwie nie wiadomo co, bo beneficjantka w ogóle nie ujęła tej kwoty. Wynikałoby z tego, że koszty były wstępnie zawyżone po to, by móc dostać większą dotację (60 proc. od 226 688 zł to nie to samo, co 60 proc. od np. 100 000 zł).
- Przeliczyliśmy koszty produkcji jednej minuty filmu, podane w kalkulacjach przez różnych wnioskodawców - tłumaczy prezes WFOŚ. - Wyszło nam, że koszt ten mieści się w granicach od 181 zł do 3310 zł. "Ekolandia" mieści się w tej rozpiętości w dolnej strefie stanów średnich.

Producentka nie widzi też nic nagannego w tym, że jej syn, Przemysław Nijakowski, zasiada w radzie nadzorczej funduszu. Jej opinię podziela prezes Figas twierdząc, że przyznanie pieniędzy odbyło się zgodnie z prawem:
- Oceny zgłoszonych programów dokonała pięcioosobowa komisja konkursowa, w tym cztery osoby spoza funduszu, reprezentujące pozarządowe organizacje proekologiczne - wyjaśnia Zbigniew Figas.
Prezes mówi wprost, że Nijakowski nie miał żadnego wpływu na przyznanie i wielkość dotacji, bo te decyzje zarządu funduszu nie wymagały zatwierdzenia przez radę nadzorczą.
- Pani Hajduk-Nijakowska pierwszy raz uzyskała nagrodę w 2001 roku, a jej syn został członkiem rady nadzorczej w styczniu 2002 roku - wyjaśnia prezes funduszu. - Nie można wykluczyć, że członkowie komisji konkursowej znali programy pani Hajduk-Nijakowskiej z 2001 roku, przyznając jej nagrodę w VI edycji konkursu w kategorii: radio, telewizja, prasa.

- Jest tu oczywisty konflikt interesu - mówi Janusz Kowalski ze Stowarzyszenia "Stop Korupcji". - Tłumaczenie się formalnościami jest oczywistym wybiegiem. Nie może być tak, że w radzie nadzorczej zasiada syn, a firma matki dostaje dotację. To jest sytuacja patologiczna. Jeśli chodzi o praktykę konkursów i spełnianie wymogów, to jest to najczęściej fikcja, o czym świadczy ten przypadek. To kolejny dowód na to, że w funduszu dzieje się źle. Skład rady nadzorczej jest polityczny, bo zasiadają w niej ludzie z kręgu władzy urzędu marszałkowskiego i wojewódzkiego. Między tymi ludźmi zachodzą naturalne znajomości, koneksje i powiązania.

Zastanawiające jest także to, że wśród dotowanych najwyższe kwoty dostały media, zarówno prywatne jak i publiczne, ale najwięcej - Janina Hajduk-Nijakowska. Oprócz niej: Radio Opole - 120 tys. zł, Miejska Telewizja Opole - 100 tys., TVP Oddział we Wrocławiu - 80 tys. zł, Media Projekt Artur Pieczarka - 70 tys. zł (dla porównania np. gmina Prudnik na rewaloryzację drzewostanu zabytkowego cmentarza komunalnego otrzymała 101 tys. zł, Regionalna Agencja Poszanowania Energii na program edukacyjny w zakresie wykorzystania odnawialnych źródeł energii - 35 tys. zł).

Dlaczego media były aż tak dopieszczane? Prezes uzasadnia to tym, że programy telewizyjne i radiowe są głównym źródłem informacji w sprawach ekologii. Potwierdza to m.in. raport z badań nt. "Świadomość ekologiczna młodzieży województwa opolskiego i jej uwarunkowania" przeprowadzonych w 2001 roku przez zespół socjologów z Instytutu Śląskiego w Opolu.
Interesujący pogląd na dotowanie niektórych mediów przez WFOŚ ma przedstawiciel jednej z opolskich organizacji pozarządowej zajmującej się ekologią:
- Media są ewidentnie dofinansowywane przez układ PSL-owski (Zbigniew Figas jest szefem PSL-u na Opolszczyźnie - przyp. red.). Opolszczyzna to dla PSL-u trudny region, bo mniejszość niemiecka odbiera mu głosy na wsi. Zbigniew Figas, który kandydował w wyborach do parlamentu, nie mógł przekroczyć progu dopuszczającego do uzyskania mandatu. Znalazł więc sposób na tanią i długotrwałą kampanię - zaczął kupować sobie sympatię mediów.
- To jest kuriozalna opinia - twierdzi Figas. - Równie dobrze można by powiedzieć, że kupiłem 71 gmin w województwie, które otrzymywały z funduszu pożyczki i dotacje na inwestycje.
Stanisław Racławicki, dziennikarz Ośrodka Regionalnego TVP w Opolu, przyznaje, że prezes Figas gości kilka razy do roku w opolskim studiu, ale zawsze jako fachowiec od ochrony środowiska, a nie jako polityk.
Wbrew temu, co prezes wcześniej zadeklarował, nie znaleźliśmy w składzie komisji konkursowej żadnej osoby z organizacji pozarządowych. Wszyscy członkowie to ludzie rekomendowani przez władze wojewódzkie albo fundusz ochrony środowiska, a jedna - przez Opolskie Parki Krajobrazowe.
- Jeśli prywatne firmy ubiegają się o dotacje, korzystając ze swoich znajomości i koneksji, to znaczy, że bez tego nie utrzymałyby się na wolnym rynku - komentuje Kowalski. - Ja jako podatnik nie życzę sobie, żeby firma prywatna dostawała pieniądze na jakieś zadania z moich podatków. Od tego są koncerny medialne, od tego jest wolny rynek, a nie podatnicy.



Created by   e-production
e-production wspiera działania na rzecz przejrzystości w biznesie
prowadząc portal Stowarzyszenia Stop Korupcji.
© 2003-2005 e-production All Rights Reserved.